668 145 480 [email protected]

Chociaż zdaje sobie sprawę, że narobię sobie całkiem pokaźną liczbę wrogów pisząc ten artykuł, to chyba mam prawo wypowiedzieć się na dowolny temat na własnym blogu. Zwłaszcza, że ostatnio wiele rzeczy starałem się przemilczeć, ale do rzeczy.

Dziś chciałbym napisać co myślę o wszystkich szkoleniach z dziedziny SEO czy SEM, które ostatnio wyrastają jak grzyby po deszczu, zwłaszcza po zeszłorocznych zmianach, które Google wprowadza coraz agresywniej wpływając na cały świat pozycjonerów czy marketingowców.

Cofnijmy się do momentu kiedy pierwszy raz ujrzały światło dzienne takie aktualizacje jak Panda czy Pingwin. Tuż po nich mieliśmy wysyp szkoleń w stylu:

„Jak radzić sobie po Pandzie?”
„Jak radzić sobie po Pingwinie?”

I co najlepsze po każdej wersji algorytmów powstawały podobne szkolenia, w których zmieniano jedynie cyferkę przy zwierzaczku. Nie muszę wspominać o wysypie narzędzi, które miały być lekiem na całe zło. Choć nie powiem, niektóre z nich pomagały i pomagają do dziś czy to przy analizie linków czy przy przeprowadzaniu audytów SEO, ale nigdy nie były lekarstwem, choć niektóre z nich reklamowały się jako prawdziwa pigułka na całe zło.

Google tworzy miejsca pracy

Idziemy dalej, całe zamieszanie a kolejnymi aktualizacjami dało pole do popisów tym bardziej przedsiębiorczym i po wielkim dupnięciu Pingwina od razu oferty cudownego zdejmowania filtrów pojawiały się na każdym rogu, w reklamach Google, na Facebooku, no dosłownie wszędzie. Ale nie winię tutaj nikogo, kto wykorzystał szansę ten zarobił, ale rozmawiając z wieloma klientami wiem jedno, po zdjęciu filtra pozycje w 50% przypadków poszybowały bardziej w dół niż w czasie gdy filtr był. Powód? Zdejmowanie linków super tools’em od Google? Skutkiem rozwoju takiego biznesu było nic innego jak napędzanie kolejnego i tak w kółko.

ZOBACZ:  Nie usuwaj starego pliku Disavov przed wgraniem nowej wersji!

Spadł traffic jeszcze bardziej po zdjęciu filtra, więc powracamy do pozycjonowania, kolejna firma SEO zajmuje się tymże zleceniem, albo persona, która nie tak dawno zdejmowała filtr. W wielu przypadkach klient płacąc po 700, czy 800zł za zdjęcie kary przez kolejne miesiące płacił za dalsze pozycjonowanie, ale do czasu, gdy Pingwin nie uderzył na nowo i nie przywalił kary za recydywę. Tutaj pole do popisu miała kolejna osoba, która próbowała takowy zdjąć, a najlepsi proponowali zmienić domenę i ładować kasę na wszystko od nowa, wszak nie zawsze działa 301 – no cóż płać i płacz.

Dojenie bez dojarki, czyli szkolenia bez pitolenia

Jednak powróćmy do biznesu ze szkoleń wszelkiej maści. Miałem okazję swojego czasu pojeździć po paru takich „przedstawieniach” i co się okazuje w większości przypadków wracałem z nich z wrażeniem, że niepotrzebnie straciłem czas. Jeśli potrafię zrozumieć, że te z darmowej palety szkoleń to w dużej mierze prezentacja nowych produktów firm reprezentowanych przez prelegentów to nie rozumiem dlaczego na płatnych szkoleniach wychodzi Pan A i przez godzinę czasu nawija o meta tagach, gdzie nie dostajemy nic odkrywczego, a ładnie opracowane to co publicznie i za darmo jest dostępne w sieci. Zresztą nie testując pewnych rzeczy u siebie tak naprawdę niczego się nie nauczymy, a przeglądając informacje w sieci liczy się umiejętność czytania ze zrozumienie, a na szkoleniach umiejętność słuchania wraz ze skillem wydawania kasy. Dla wielu ludzi płacenie za szkolenia to groszowe sprawy, ale nawet te 200, 400zł to nikt nie znalazł na ulicy i jadąc na jakiekolwiek szkolenia mamy nadzieję usłyszeć coś, czego nie wiemy, coś ciekawego, kurde chcę ten obiecany lek „na całe zło”.

Co dostaje w zamian?

After party, jedyna rzecz, która w dzisiejszych czasach tak naprawdę skłania na podobne wyjazdy. To taki SEO Sylwester, ale bez żon i mężów. Dopiero tam rozmawiając z ludźmi możemy dowiedzieć się czegoś ciekawego. Jednak pozostaje mimo wszystko niesmak wyrzuconej w błoto kasy.

ZOBACZ:  Page Rank wyznacznikiem popularności czy autorytetu?

Jednak najbardziej podobają mi się oferty szkoleń, gdzie twórcy chcą „nam pomóc” za jedyne 2000 +VAT rozwiązać problem promocji w sieci. Rozglądam się w prawo mam content marketing, rozglądam się w lewo – cudowną metodę infografik, która jest tak zachwalana, że przeciętny Jan Kowalski wyrzuci kasę na szkolenie, gdzie dowie się, że musi wyrzuć kolejną kasę na infografiki, a efekt okazuje się być, ale jedynie w pewnych branżach – tylko czemu nikt nie napisał, że dla Bogdana, ślusarza z Krakowa, infografiki są potrzebne tak jak rzeżączka pani lekkich obyczajów. Troszkę pojechałem po bandzie z przykładem ślusarza, ale chyba każdy wie o co mi chodzi.

Dobra, nie mam nic przeciwko szkoleniom, ale po co udawać, że jesteśmy Matką Teresą z Kalkuty i chcemy zbawiać świat za 2000 czy 3000 zł? Wiadomo, że chodzi o kasę. Dodatkowo wszelkie negatywne komentarze w reklamowanych szkoleniach w większości nie pojawiają się. No ale przecież to Aksimet, czy Admin, zresztą i to na A i to na A się zaczyna – jeden pierun.

No i teraz zobaczmy kto jeździ na szkolenia? Oczywiście osoby, które po prostu to lubią, mają nadzieje, że coś nowego usłyszą, albo po prostu grupa osób, których wysłała na nie agencja mając nadzieje, że po dwóch czy trzech wyjazdach ich pracownicy będą wymiatać w swojej dziedzinie.

Jaki jest tego skutek?

Mamy coraz więcej specjalistów, choć tutaj to z jednej strony dobra sprawa bo wzrasta poziom konkurencja, a każdy „specjalista” to potencjalni nowi klienci do zdejmowania filtrów. To nowe kody sprzedane w polecanych 100 najlepszych katalogach. To potencjalni uczestniczy kolejnych szkoleń i można tak wymieniać w nieskończoność.

ZOBACZ:  O tym jak Webdesign sprzedawał linki T-Mobile!

Jednak będąc na szkoleniach nie zauważyliście, że pewna grupka osób siedzi na Facebooku, kilka osób namiętnie odpisuje na smsy. Jakiś odsetek zmyka do Burger Kinga, a są nawet jednostki, które nadrabiają cały tydzień czule przytuleni do ławki czy stolika, z namiętnością obejmując wszystko co mają wokół siebie i uroczo pochrapując w rytm mowy prelegenta.
Ze szkoleń na które uczęszczałem to co wyniosłem to:

  • Szczątkowe ilości nowej wiedzy
  • Koszulki dla żony, w których przyjemnie jej się śpi
  • Smycze, nie dla psa ale na klucze
  • Masę ulotek, papieru, który niestety nie może być nawet użyty jako zamiennik łazienkowej, szarej taśmy, choć niektóry barwniki ładnie pachną, mola wysiada.
  • No i kaca, po after party, to pamięta moja wątroba do dnia dzisiejszego

Obecnie może i powiecie, że jest masa wartościowych szkoleń, czy innych prelekcji. Jednakże to co widziałem, to czego się nasłuchałem podczas wcześniejszych wyjazdów sprawia, że wolę czas poświęcić córce niż zmarnować go przesypiając kolejne szkolenia. Choć przyznam, że niekiedy skusi mnie jedna osoba z ośmiu prelegentów i tylko jadę na konkretną godzinę, aby posłuchać co ciekawego ma do przekazania. Ale, żeby pchać się na całość – nie, wysiadam.

Teraz czekam na szkolenie z wstawiania aktywnych linków na kasie w Tesco, albo na przydrożnych latarniach. No i tradycyjnego, polskiego hejtu, zwłaszcza anonimowego, ten kocham najbardziej.

Oceń ten artykuł